IN MY TREE. Wspomnienia z czasów pandemii
IN MY TREE*
Zanim chiński wirus rozszalał się na dobre, jeszcze w grudniu 2019 roku
układałam pytania do wywiadu z Dominickiem Millerem, charyzmatycznym gitarzystą
Stinga, dla Magazynu „Prestiż”. Koncert
jego i zespołu udało mi się jeszcze zrealizować. Odbył się on 9 marca w
Filharmonii Koszalińskiej. Od europejskiego managera Dominica dowiedziałam się,
że zespołowi odwołano trasę w Bułgarii, mimo że stwierdzono tam wtedy zaledwie
dwa przypadki zarażenia się wirusem. U nas wówczas wszystko szło jeszcze w miarę normalnym
trybem. Jednak to wydarzenie uznałabym za cezurę wyznaczającą koniec mojego
normalnego życia i będącą początkiem życia w „czasach zarazy”.
Tęsknota za podróżami - Ja w Tunezji (chyba).
Kilka dni później przyjechał do Polski Mark, mój „second cousin” z Londynu, który miał w Katowicach umówiony zabieg z zakresu medycyny estetycznej. Odwodziłam go od tego przyjazdu, ale Anglicy, jak to Anglicy, wszystko wiedzą lepiej. Chciał odwiedzić nas w Słupsku, ale stanowczo zaoponowałam, ponieważ media donosiły o dużej ilości zakażeń w Wielkiej Brytanii, a ja obawiałam się o zdrowie mojego, dobiegającego 90-tki, taty. Ludzie nie oglądający telewizji żyli w pewnej nieświadomości. A kuzyn wszelkie przestrogi uznał za polityczną propagandę i nic sobie nie robił z powagi sytuacji, która stawała się z dnia na dzień coraz bardziej dramatyczna. Nic dziwnego, że umknął mu fakt, iż 15 marca zostają zamknięte granice Polski. Tego dnia więc zamiast nad morze, pomknął pociągiem w kierunku Szczecina. Miał nadzieję stamtąd szybko udać się do UK, już drogą powietrzną. Jednakże w Berlinie okazało się, że nie ma szans na bilet na jakikolwiek lot do Anglii, tak „od ręki”. Wszystko jednak skończyło się pomyślnie i wkrótce Mark mógł rozkoszować się życiem w mieście nad Tamizą, wtedy jeszcze wciąż pełnym turystów.
Ja w tym czasie wiodłam życie
osoby wolnej, zajmującej się sporym domem i założoną dopiero co agencją artystyczną,
która była niejako kontynuacją mojej pracy zawodowej. Zaraz po ogłoszeniu stanu
pandemii i ograniczeniu działalności instytucji kultury przez rząd, nastąpił
czas oczekiwania. Większość moich znajomych z tzw. branży liczyła na to, że okres ten potrwa
krótko i na wiosnę wrócimy do normalnej aktywności. Tymczasem stan pełnej lub
częściowej hibernacji trwał i trwał,… i trwa do dziś.
Wspólnie z Jackiem, znajomym z Nowego Jorku, zaprojektowaliśmy stronę internetową mojej agencji. Począwszy od zakupu domeny, poprzez wybór grafiki i zdjęć, na tekstach skończywszy. Kontaktowaliśmy się przez skype’a i messengera. Efekt, jaki uzyskaliśmy, dowodzi, iż mimo tak dużych odległości, wszystko jest możliwe, zwłaszcza przy tak niewielkich nakładach finansowych. Kolega namówił mnie także do umieszczenia na stronie swojego bloga, który nazwałam od neologizmu wymyślonego przez Marka, innego znajomego, „Blogiem Joanki” (jeśli czytacie ten tekst, to właśnie na tym blogu). Zamieściłam w nim niektóre swoje wcześniejsze teksty, będące głównie relacjami „na gorąco” z wydarzeń muzycznych i filmów. We wrześniu wzbogaciłam je o swoje przemyślenia z kilku koncertów 54. Festiwalu Pianistyki Polskiej, który odbywa się w Słupsku. Postanowiłam, że będę publikować jedynie te materiały, które są odzwierciedleniem moich wyjątkowych wrażeń.
Latem poluzowano obostrzenia
(wiadomo, wybory), więc, stosując reżim sanitarny, można było zorganizować
Garden Party u Karola – cykl letnich koncertów w Parku im. Jerzego Waldorffa,
który wymyśliłam kilka lat temu jako zadanie w ramach Słupskiego Budżetu
Obywatelskiego. Moim skromnym zdaniem, była to chyba, biorąc pod uwagę poziom
artystyczny, najlepsza, spośród sześciu zrealizowanych dotąd, edycja tego
cyklu.
Garden Party u Karola w Parku im. Jerzego Waldorffa
W tak zwanym międzyczasie,
odskocznią od pracy umysłowej było przeprowadzenie remontów w domu i szereg tym podobnych działań, pozwalających mózgowi
odpocząć.
Ogólnie rzecz biorąc, prowadziłam dość ograniczone życie towarzyskie. Ale dzięki
Facebookowi odnalazłam dziewczyny z mojej klasy z liceum, z którymi nie miałam
kontaktu od ponad trzydziestu lat. Odwiedziły mnie, a moja radość z tego powodu
nie miała granic. Po długich staraniach z mojej strony odezwała się koleżanka,
której bezskutecznie poszukiwałam od kilkunastu lat. Były też spotkania z
bliskimi przyjaciółmi spoza Słupska, ze znajomymi i sąsiadami. Bo przecież chce
się do ludzi…
Powróciłam także do nauki francuskiego. Stało się to pod wpływem
internetu, gdy obejrzałam, jakie i ile świetnych kursów jest w ofercie. A poza
tym, to znakomity sposób, aby ćwiczyć mózg. Mam bowiem mocne postanowienie
przystąpienia do egzaminu państwowego, który, jeśli zdam, będzie dowodem, na
to, że w dojrzałym wieku (mówiąc delikatnie😉) można opanować ten niełatwy język.
Z perspektywy minionych miesięcy stwierdzam, że czas pandemii
wykorzystałam maksymalnie i spędziłam go pożytecznie, na tyle, na ile pozwalały
okoliczności.
A tymczasem, wśród moich
znajomych (w kraju i za granicą) są tacy, którzy w obawie o swoje zdrowie,
pozostają niemal w pełnej izolacji, inni ograniczają wyjście z domu do minimum.
Koleżanka pracuje w domu pomocy społecznej w Szkocji, codziennie ocierając się
o śmierć, druga, pomaga w szpitalu w Niemczech. Kilkoro bliskich mi osób
odeszło. Podobnie jak ludzie, z którymi łączyła mnie współpraca zawodowa.
Słucham The Stranglers i uświadamiam sobie, że klawiszowiec tego zespołu, Dave Greenfield także stał się ofiarą koronawirusa. Z powodu choroby Covid-19 zmarło wielu znakomitych artystów - aktorów i muzyków. Kultura poniosła niepowetowaną stratę. Dobrze, że Iggy Pop jeszcze się trzyma…
Joanna Kubacka
Słupsk, maj 2020
*Tytuł niniejszego tekstu został zapożyczony z tytułu utworu grupy Pearl Jam „In My Tree” (tekst: Eddie Vedder, muzyka: Pearl Jam).
Komentarze
Prześlij komentarz