ZE SMYCZKAMI PRZEZ EPOKI
W sobotę, 5 marca odbył się w sali słupskiej filharmonii pierwszy w tym roku
kalendarzowym koncert Słupskiej Sinfonietty, który poprowadził jej szef
Maciej Banachowski.
Orkiestra ma na swoim koncie liczne koncerty w Słupsku, a także poza
nim, w popularnym i klasycznym repertuarze. Muzyka tradycyjna w ujęciu
symfonicznym znalazła swoje odzwierciedlenie na pierwszym albumie dwupłytowym
zespołu, na który składają się kolędy z całego świata.
Wybrany przez dyrygenta program koncertu był urozmaicony. Każdy z
utworów należał do innej epoki muzycznej. Tym razem orkiestra została
ograniczona do składu smyczków. Na wstępie dwie solistki, Anna Domska i Jagoda
Kosicka wykonały pochodzący ze zbioru L’estro armonico (op. 3) Koncert
a-moll na dwoje skrzypiec nr 8 Antonia Vivaldiego. Został on opublikowany w
Amsterdamie w 1711 roku i wchodził w skład pierwszej kolekcji koncertów, jaka
ukazała się drukiem. Koncert ten jest jednym z najpopularniejszych utworów
Vivaldiego. Ze względu na jego akademicki charakter, jest jednym z najczęściej
wykonywanych przez uczniów szkół muzycznych koncertem barokowym.
Podczas piątkowego wieczoru zaprezentowały go dwie uczennice Państwowej
Szkoły Muzycznej I i II st. w Słupsku. Anna Domska uczy się pod
kierunkiem Agnieszki Rajskiej. Gra w Słupskiej Sinfonietcie oraz
w zespole kameralnym w Lęborku. Wcześniej była członkiem Lęborskiej Orkiestry
Kameralnej. W ostatnim czasie wzięła
udział w koncercie Młode talenty w amuz, organizowanym przez Akademię
Muzyczną im. Stanisława Moniuszki w Gdańsku. Druga solistka, Jagoda Kosicka
od trzech lat uczy się pod kierunkiem Piotra Macha, koncertmistrza orkiestry
słupskiej filharmonii. Swoje umiejętności doskonali na warsztatach skrzypcowych
u profesorów z Gdańska, Poznania i Katowic. Od 2019 roku gra w Słupskiej
Sinfonietcie, a od roku 2020 pełni również rolę koncertmistrza. W grudniu
ubiegłego roku wzięła udział w projekcie Od Marii Szymanowskiej do Marii
Dziewulskiej. Kobieca historia muzyki klasycznej XIX i XX wieku.
Obie skrzypaczki wykonały utwór Vivaldiego z największą starannością i
skupieniem, realizując wszystkie założenia dyrygenta. Czuło się wzajemne
porozumienie między solistkami a orkiestrą i dyrygentem, dzięki czemu całość
była bardzo spójna.
Ostatnią pozycją przed przerwą była popularna Serenada G-dur „Eine
kleine Nachtmusic” KV 525 Wolfganga Amadeusza Mozarta. Utwór napisany przez
kompozytora w 1787 roku należy już do epoki klasycyzmu. Mówi się, że dobrą
orkiestrę poznaje się po tym, w jaki sposób wykonuje muzykę Mozarta. Jego
kompozycje są finezyjne, wdzięczne w percepcji, ale wbrew pozorom niełatwe dla
muzyków. Niewątpliwie serenada Eine kleine Nachtmusik jest arcydziełem i zarazem jedną z najpopularniejszych
kompozycji artysty. Utwór lekki, łatwy i przyjemny zawiera liczne pułapki,
których i tu nie udało się uniknąć. Jednak dobrze się stało, że ta młoda
orkiestra zmierzyła się z kompozycją najpopularniejszego z klasyków wiedeńskich.
W przyszłości będzie wiadomo, na jakie zagadnienia techniczne, artykulacyjne i interpretacyjne
należy zwrócić uwagę.
Po przerwie usłyszeliśmy dwa utwory: Suitę św. Pawła (Saint
Paul’s Suite) Gustava Holsta i Trzy utwory w dawnym stylu
Henryka Mikołaja Góreckiego.
Suita Świętego Pawła Gustava Holsta to wprawdzie dzieło dwudziestowieczne
(powstało w 1913 roku), ale mocno osadzone w tradycji muzyki dawnej. Holst
napisał utwór w celach pedagogicznych, dla prowadzonej przez siebie szkolnej
orkiestry. Istnieje kilka hipotez na temat tytułu: jedna z nich mówi, że
kompozycja zaczerpnęła swą nazwę od miejsca, w którym Holst poślubił swoją żonę
Isobel. Jednak bardziej prawdopodobne jest jej pochodzenie od usytuowania
Szkoły Św. Pawła – Brook Green w londyńskiej dzielnicy Hammersmith. Ten
przyjemny dla ucha, żywy utwór nie jest technicznie trudny, ale za to
wyrafinowany muzycznie. Taneczne części utworu, w których odbija się echo angielskiego
folkloru, są dziś chętnie grywane przez zawodowe zespoły na całym świecie. Sinfonietta
wykonała tę kompozycję z precyzją i wyczuciem, ukazując całe jej piękno.
Trzy utwory w dawnym stylu, skomponowane w 1963 roku, to krótka,
bo dziesięciominutowa, kompozycja zmarłego przed dwunastoma laty Henryka
Mikołaja Góreckiego. Już sam jej tytuł sugeruje nawiązanie do stylu dawnych
epok. Elementy archaizujące, w których kompozytor nawiązuje do tradycji
historii muzyki, zaczęły pojawiać się w jego twórczości w latach 60. Jedna z
pieśni o życiu Króla Zygmunta Augusta, mówiąca o weselu króla, została
wykorzystana w trzecim z Trzech utworów. Oprócz elementów archaicznych
pojawia się też pierwiastek ludowy - utwór drugi jest właściwie wiejskim
tańcem. Kompozycja składa się z wysmakowanych stylizacji renesansowych melodii,
bez śladu dodekafonii czy brzmieniowej agresji, charakterystycznych dla
wcześniejszej twórczości Góreckiego, za to z wyraźną linią melodyczną i żywą
rytmiką. Klimat kompozycji orkiestra oddała grając stylowo i z właściwą
intonacją.
Staram się uczestniczyć we wszystkich koncertach Słupskiej Sinfonietty,
zwłaszcza tych, na których wykonuje się utwory klasyczne. Śledzę też poczynania
dyrygenta Macieja Banachowskiego. Obserwowałam go podczas jego obu dyplomów (I
i II stopnia), które odbyły się w sali filharmonii ze słupską orkiestrą. Byłam
na kilku koncertach, w których prowadził orkiestrę Polskiej Filharmonii Sinfonia
Baltica (ostatnio, niespełna miesiąc temu, na koncercie poświęconym utworom
z repertuaru grupy The Beatles). I muszę podzielić się refleksją, że na
przestrzeni lat dyrygent ten w znacznym stopniu rozwinął swoje umiejętności.
Dyryguje precyzyjnie i czytelnie, realizując zapis nutowy. Jest skupiony i
zdyscyplinowany. Pod jego batutą muzycy grają precyzyjnie i z właściwą
intonacją, co nie jest tak powszechne. Czuje się także, iż orkiestra i dyrygent
odnajdują wspólne porozumienie, niezbędne do osiągnięcia zamierzonego, jak
najlepszego rezultatu. To duża umiejętność, którą Maciej Banachowski już
posiadł.
Jeśli chodzi o Słupską Sinfoniettę, nie sposób nie zauważyć, że zespół
ten pod batutą Banachowskiego poczynił
spore postępy. Coraz śmielej i pewniej wykonuje tzw. muzykę poważną. Aby dojść
do większej precyzji, orkiestra powinna częściej sięgać po taki repertuar.
Oczywiście, jest jeszcze sporo niedociągnięć i niedoskonałości, głównie jeśli
chodzi o technikę wykonania. Ale pamiętajmy, że jest to orkiestra amatorska,
która składa się z uczniów lub absolwentów średnich szkół muzycznych, z których
większość, o ile wiem, nie ma zamiaru zajmować się muzyką zawodowo.
Na uwagę zasługuje też „słowo o muzyce”, które wygłaszał przed każdym
utworem Bartosz Wiśniewski, na co dzień nauczyciel Państwowej Szkoły Muzycznej
w Słupsku. Być może było ono dla mniej wyrobionej publiczności nieco za długie, ale prelegent zawarł w nim cenne informacje nie tylko na temat
danej kompozycji, ale także naświetlił tło epoki i miejsce w niej kompozytora.
Słuchało się tego wywodu z zainteresowaniem, co także wpłynęło na ogólną bardzo
dobrą ocenę tego koncertu.
Joanka
P.S. Zdjęcia: Konrad Janicki
Komentarze
Prześlij komentarz