Sercem jestem zanurzony w jazzie…

 


 

Rozmowa z Bohdanem Jarmołowiczem - dyrygentem, kompozytorem i aranżerem, który przez 27 lat był dyrektorem naczelnym i dyrygentem Polskiej Filharmonii „Sinfonia Baltica" im. Wojciecha Kilara w Słupsku. Aktualnie jest profesorem dyrygentury w Akademii Muzycznej im. Feliksa Nowowiejskiego w Bydgoszczy.


- Jest Pan dyrygentem z kilkudziesięcioletnim stażem. Prowadząc przez wiele lat jedną orkiestrę, istniało niebezpieczeństwo wpadnięcia w rutynę. Pan jednak ciągle zaskakiwał słuchaczy projektami autorskimi. Zatem chyba lubi Pan muzycznie eksperymentować?

- Oprócz „klasyki” interesowałem się różnymi gatunkami muzycznymi, zwłaszcza jazzem, który uprawiałem czynnie jako student, ale także muzyką pop, folkiem a nawet tangiem argentyńskim. Dzięki umiejętnościom opracowywania różnych utworów dla potrzeb orkiestry symfonicznej, tworzyłem zróżnicowane stylistycznie programy, które wykonywałem na koncertach, dokonywałem płytowej rejestracji, a także później wykonywałem w innych filharmoniach. Zawsze lubiłem eksperymentować w dziedzinie aranżacji i to - między innymi - pozwoliło mi uniknąć rutyny tak zabójczej dla wszelkiej twórczości. Wielotorowość i uniwersalizm programowy był mottem przyświecającym mi podczas mego długoletniego kierowania Filharmonią w Słupsku.

- Mając tak szeroki wachlarz zainteresowań, nasuwa się pytanie: jak wiele wysiłku trzeba włożyć, aby uzyskać dwa dyplomy klasyczne - z dyrygentury i kompozycji - i jeszcze poruszać się biegle w świecie jazzu? Czy to kwestia talentu, czy też bardziej praca i nieprzespane noce? 

- Ukończenie dwóch kierunków nie było aż tak trudne, ponieważ wiele przedmiotów się uzupełniało. Natomiast uprawianie jazzu w czasie studiów było bardzo absorbujące. Trzeba było robić próby, przeważnie nocami, ćwiczyć na fortepianie, komponować, no, i oczywiście kształcić się w zakresie improwizacji (nie było wówczas internetu, słuchaliśmy muzyki z radia i płyt). Muzyczne hobby przekształciło się w kolejną muzyczną pasję, zdobywaliśmy nagrody na festiwalach, graliśmy koncerty. Powiedzenie: „bez pracy nie ma kołaczy" jest w tym wypadku bardzo adekwatne.

- Jest Pan obecnie kojarzony z muzyką klasyczną, jednakże sam mówi Pan o sobie, że muzyka jazzowa tętni w Pana duszy „od zawsze". W jaki sposób możliwe jest ujarzmienie tego dualizmu, ba, wykorzystanie muzyki jazzowej i klasycznej w pracy z orkiestrą symfoniczną? 

- Symfonika i jazz pozostały i pozostaną ze mną na zawsze. Temat ten opisałem szczegółowo w moim autoreferacie w postępowaniu habilitacyjnym, w którym dziełem artystycznym była autorska płyta zatytułowana „Impresje" z moimi aranżacjami na orkiestrę symfoniczną i kwartet jazzowy. Ten dualizm zawsze mnie bardzo inspirował. Orkiestra wykonuje głosy, które są precyzyjnie zapisane, natomiast muzykom jazzowym powierzyłem przede wszystkim partie improwizowane. W ten sposób także próbowałem ujarzmić ten dualizm, którego szczegółowe opisanie wykracza poza ramy tego skromnego wywiadu.

    

- Jak łączy Pan naturę jazzmana, z założenia bardziej swobodną, nieprzewidywalną, z naturą i specyfiką dyrygenta muzyki klasycznej, skrupulatnego, dokładnie realizującego poczynione założenia?

- Bardzo prosto. Z orkiestrą pracuję szczegółowo i drobiazgowo, chociaż solistom pozostawiam niekiedy „wolną rękę". Natomiast jazzmanom daję wiele swobody, choć zawsze nakreślam ogólne ramy. W mig, czasami bez słowa, pojmują moje intencje, zaskakując mnie zawsze na plus swoją wrażliwością. Każdy koncert jest dla mnie wielkim przeżyciem i nowym doświadczeniem, szkoda, że coraz rzadszym.

- Lubi Pan element zaskoczenia w muzyce?

- Odpowiedziałem już na to pytanie. Jazzmani zawsze zaskakują, jest to cecha charakterystyczna improwizowanego wykonawstwa. Czekałem z niecierpliwością, podczas koncertów, na kolejne muzyczne wyzwania.

- Przygodę z jazzem zainicjował Pan w młodości. Jednakże z historii wiemy, że w tamtym czasie muzyka ta nie była mile widziana na salonach klasycznych. Czy można powiedzieć, że dzięki takim ludziom jak Pan, jazz w Polsce wyszedł z klubowego podziemia i wszedł do największych sal koncertowych w Polsce? 

- To chyba trochę za dużo powiedziane, chociaż rzeczywiście, po latach posuchy, razem z kolegami z innych zespołów zainicjowaliśmy np. cykle koncertów pn. „Jazz w Filharmonii”. Rzeczywiście jazz wychodził z klubowego podziemia, chociaż, trzeba przyznać, w licznych klubach studenckich miał się w owym czasie całkiem dobrze.

- Jak na Pańskie „zapędy" reagowali wykładowcy uczelni kształcącej klasycznie? Nie bał się Pan, kolokwialnie mówiąc, „podpaść"?

- Nie było wówczas takiej wolności jak obecnie, także w życiu uczelnianym. Na pewno jednak była większa dyscyplina. Na pracę na pierwszym roku, trzeba było mieć specjalne zezwolenie. Będąc studentem, a także i po studiach, pracowałem w Teatrze Nowym w Poznaniu jako pianista i kompozytor. W bardzo popularnym spektaklu „Opera za trzy grosze” Brechta i Weilla, koledzy doprawiali sobie brodę i wąsy, żeby nie być rozpoznanym przez pedagogów, którzy uczęszczali na ten świetny spektakl w charakterze widzów.

 - Wiadomo, że jednym z Pana przyjaciół w przygodzie z muzyką był Krzesimir Dębski. Jak doszło do interakcji między Wami?

- Studiowaliśmy razem, graliśmy wspólnie w grupie „Warsztat", następnie pracowaliśmy w Orkiestrze Rozrywkowej Polskiego Radia Zbigniewa Górnego (kolejny po teatrze ważny epizod w moim życiu muzycznym). Łączyły nas wspólne upodobania i gusty muzyczne. Przyjaźnimy się do dzisiaj, wraz ze słupską orkiestrą wykonywałem wiele jego kompozycji, nagraliśmy cztery płyty z jego muzyką poważną. W 2017 roku, na czterdziestolecie Polskiej Filharmonii „Sinfonia Baltica” zamówiliśmy u niego kompozycję zatytułowaną „Witkacego portrety kobiet”. Był to cykl wariacji na głos solowy, chór mieszany i orkiestrę symfoniczną.

- Czuje się Pan bardziej kompozytorem, aranżerem czy dyrygentem? A może pedagogiem?

- Zawsze czułem się bardziej dyrygentem, pasjonowało mnie praktyczne wykonawstwo. Jednakże w pewnym okresie życia odkryłem w sobie żyłkę pedagoga i temu zajęciu się poświęciłem.

- W jaki sposób znajomość kompozycji wpływa na zrozumienie dzieł, którymi się dyryguje?

- Kompozycja jako kierunek kształcenia na pewno pomaga w zrozumieniu istoty dzieła muzycznego. Jednakże dyrygentura, z uwagi na wielość poznawanych partytur, chyba nawet bardziej. Nade wszystko jednak, rozmaitość zainteresowań rozwija najpełniej.

 - Pana paleta zainteresowań muzycznych obejmuje także aranżacje jazzowe. Często słyszy się opinię, że trudno pogodzić stylistykę jazzową z klasyką. Jednak wydaje się, że Pan wykracza poza ten stereotyp. Jak zatem można znaleźć wspólny mianownik łączący te rodzaje muzyki?

- Stylistyka jazzowa i klasyczna jest rzeczywiście różna. Tak jak filharmoniczna sala koncertowa i zadymiony klub. Niemniej i tu, i tam, tworzy się wielkie dzieła. Poniekąd już odpowiedziałem na to pytanie wcześniej. Na pewno łączy je geniusz muzyczny i chęć przekazania muzycznej prawdy.

 - Czy improwizował Pan na fortepianie? Jeśli tak, skąd czerpał Pan wiedzę i doskonalił umiejętności w tej dziedzinie?

- Tak, oczywiście, improwizowałem. Improwizacja jest nieodłącznym elementem jazzowego wykonawstwa. Musiałem również opanować jazzową harmonię. Bardzo mi się to przydało w dziedzinie aranżacji. Wiedzę zdobywałem z radia, z płyt, a także z wykładów i partytur nieocenionego Jerzego Miliana w PWSM w Poznaniu. 

 - Czy jazz w Pana życiu był odskocznią od klasyki, czy też chęcią wyjścia poza określone ramy? Wynikał z młodzieńczego buntu czy z ciekawości?

- Pewno wynikał po troszkę ze wszystkich tych elementów. Ale tak naprawdę bardzo mi się podobał i fascynował. Nie znajduję innego, lepszego określenia. Tak pozostało do dziś.

- Czy realizując projekt „The Brewery Beatles Sounds” ze skrzypkiem Vadimem Brodskim i orkiestrą symfoniczną Filharmonii „Sinfonia Baltica” nie obawiał się Pan, że krytycy zarzucą Panu pewien rodzaj komercji. Wszak ostatnio w filharmoniach programy klasyczne nader często przeplatają się z popkulturą. 

- Tak, obawiałem się. Pierwszy projekt symfoniczny z utworami Beatlesów powstał w połowie lat 80-tych, też z Vadimem Brodskim i orkiestrą Filharmonii Narodowej. Kilka lat później zrealizowałem podobny projekt, lecz bez solisty, ze słupską orkiestrą, by powrócić do współpracy z Vadimem przy realizacji „The Brewery Beatles Sounds”. Byłem pionierem tego typu działalności twórczej (pierwsza płyta powstała jeszcze w latach 80-tych). Dziś jest inaczej, filharmonie częściej sięgają po podobne pomysły, mając na względzie różnorodność programową i chęć pozyskania nowego słuchacza. Oczywiście, zachowując odpowiednie proporcje.

- Oprócz wspomnianego Vadima Brodskiego, ma Pan na koncie współpracę z wieloma gwiazdami, by wymienić tylko Leszka Możdżera, Henryka Miśkiewicza, Michała Urbaniaka, wielkiego Richarda Galliano czy klasycznych solistów: Cypriena Katsarisa, Kevina Kennera, Piotra Palecznego, Konstantego Andrzeja Kulkę i Rafała Blechacza. Czy zderzenie dyrygenta i solisty bywa niebezpieczne? Czy dyrygent musi wziąć pod uwagę silny charakter solisty?

- Podczas mojej ponad czterdziestoletniej pracy dyrygenta prowadziłem bardzo wiele akompaniamentów, zwłaszcza na Festiwalach Pianistyki Polskiej w Słupsku. Jest to moja ulubiona forma koncertowa. Jeżeli zderzą się różne, skrajne interpretacje, to może to grozić potencjalnym konfliktem. Nigdy jednak nie przeżyłem takiej sytuacji. Kluczem do sukcesu jest twórcza współpraca solisty, dyrygenta i orkiestry.

- Czego Pana zdaniem brakuje klasykom z cech przynależnym jazzmanom i na odwrót?

- Nie stawiałbym tego pytania w takiej formie. Jazz i klasyka to dwa różne światy, każdy ma swoją specyfikę. Przenikają się nawzajem i uzupełniają, ale nie muszą przejmować cech tych drugich. Improwizacja nie jest potrzebna filharmonikom, jazzmani nie muszą przejmować zbiorowej precyzji wykonawczej symfoników.

- Jakich wykonawców jazzowych słucha Pan obecnie?

- Moim mistrzem jest bez wątpienia zmarły niedawno pianista Chick Corea. Bardzo lubię  zespół Yellowjackets, Herbie Hancocka i Dave’a Grusina. Słucham z przyjemnością także saksofonistów: Boba Mintzera i Chrisa Pottera oraz Big Bandu WDR. Śledzę także poczynania Vince’a Mendozy.

- Czy patrząc z perspektywy własnej kariery i pracy pedagogicznej, zaleca Pan młodym dyrygentom koncentrację, specjalizację czy różnorodność i poszukiwanie nowych rozwiązań?

- Na pewno różnorodność i poszukiwanie nowych twórczych rozwiązań.

- Bardzo dziękuję za wyczerpującą wypowiedź.

 

                                                                        Rozmawiał: Mariusz Skotnicki

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

MŁODZI DYRYGENCI Z MŁODĄ ORKIESTRĄ

ZE SMYCZKAMI PRZEZ EPOKI