Robert Brylewski - KRYZYS W BABILONIE. AUTOBIOGRAFIA
ROBERT BRYLEWSKI (1961-2018)
„Serca bić będą już zawsze na Twojej fali" (z „internetów”)
Wszystko zaczęło się od autobiografii Kazika „Idę tam, gdzie idę.
Dalej”, która jest wywiadem-rzeką przeprowadzonym przez Rafała Księżyka,
cenionego dziennikarza i krytyka muzycznego. Śledząc losy mojego idola (wszyscy znajomi wiedzą, że Kazika wielbię nie od dziś), dowiedziałam się, że
chodził do tego samego liceum (Liceum im. Mikołaja Reja w Warszawie) i do
równoległej klasy co Robert Brylewski.
Pamiętam doskonale rok 1980, kiedy ze znajomymi pojechałam do Sopotu na Pop Session. Był to cykliczny festiwal rockowy organizowany przez BART (Bałtycka Agencja Artystyczna). Koncert odbywał się w takim dużym, cyrkowym namiocie, w pobliżu plaży. Nie pamiętam, jakie zespoły wystąpiły na tym koncercie i kto go prowadził, zwykle był to jakiś popularny prezenter. Wiem tylko, że padła zapowiedź, że za chwilę będziemy świadkami bezprecedensowego wydarzenia, bowiem usłyszymy pierwszy polski zespół punkowy (tak przynajmniej zaanonsowano tę kapelę). Był to „Kryzys” pod wodzą Roberta Brylewskiego i z udziałem tancerzy, dwóch chłopaków. W porównaniu z zespołami z kręgu polskiej tzw. muzyki psychodelicznej, załoga „Kryzysu” prezentowała się już wizualnie zupełnie odmiennie. Ciemne okulary, popelinowe płaszczyki i krótko obcięte włosy. "Garażowe" brzmienie muzyki też intrygowało i budziło zaciekawienie. To był powiew czegoś nowego. Potem przyszła kolej na płyty. Brat kupił gdzieś słynnego bootlega „Brygady Kryzys”, zespołu powstałego kilka miesięcy po następnym festiwalu, wydanego przez brytyjską wytwórnię nielegalnie. Jest ona u niego do dziś. To winyl, na okładce którego jest zdjęcie Roberta na tle multiplikacji Pałacu Kultury i Nauki w różnych odcieniach czerwieni. Była też w domu, wydana we Francji również bez zgody zespołu, płyta "Kryzysu". Słuchaliśmy jej na okrągło. Nie wiem, co się z nią stało.
Ale wróćmy do
samego Roberta. "Gdyby w historii polskiego rocka tylko jednego
muzyka można byłoby nazwać legendarnym, taki tytuł z pewnością przypadłby
Robertowi Brylewskiemu" (to trafny cytat, który, nie pamiętam skąd, sobie przyswoiłam). W kąt poszła książka o Kaziku, której nie dokończyłam,
wróciłam do niej dopiero teraz. Nabyłam za to, wznowioną w tym roku (2025), autobiografię
Roberta Brylewskiego, która została wydana po raz pierwszy w 2012 roku i jest –
podobnie jak w przypadku Kazika – zapisem wywiadu-rzeki, przeprowadzonym przez
tego samego dziennikarza, zatytułowana „Kryzys w Babilonie. Autobiografia”.
Afa, Brylu, Max,
Robi Goldrocker to pseudonimy tego, zmarłego tragicznie w 2018 roku, gitarzysty,
kompozytora, wokalisty, autora tekstów, realizatora dźwięku, producenta
muzycznego, plastyka, kreatywnego twórcy filmików komputerowych. Niezwykle utalentowanego
artysty, człowieka renesansu, o którym dotąd, poza niekwestionowanymi
dokonaniami muzycznymi, wiedzieliśmy niewiele.
Dopiero ta książka odsłania nam bogaty życiorys Afy. Czyta się ją
jak dobrą powieść przygodową z udziałem głównego bohatera. Wszystkie
wydarzenia z jego życia pokazane są na tle naszej najnowszej historii -
rozpadającego się PRL-u (Brylewski urodził się w 1961 roku), z uwzględnieniem
stanu wojennego i okresu przejściowego, czyli fazy wczesnego kapitalizmu.
Dzięki inteligentnym pytaniom Księżyka, którego przygotowanie do zagadnienia,
jakim jest życie, zwłaszcza artystyczne, bohatera książki, jest nie do
przecenienia, dowiadujemy się coraz to nowych, często zaskakujących faktów.
Robert Brylewski nie jest wdzięcznym rozmówcą. To nie Kazik, który odpowiada na pytania długo i
wyczerpująco (wywiad z nim na kanale Rymanowskiego na YT, na przykład, trwa 2
i pół godziny) czy Tomek Lipiński. Tym większa zasługa dziennikarza, dzięki
któremu otrzymujemy pełny obraz Bryla-artysty, ale także, a może przede
wszystkim, poznajemy go jako człowieka.
Księżyk zadając artyście pytania, utrzymuje chronologię zdarzeń. Dowiadujemy się, że
oboje rodzice występowali w Zespole Pieśni i Tańca „Śląsk”, który swoją siedzibę miał w pałacu w Koszęcinie.
Wszyscy członkowie zespołu mieszkali w jednym bloku, jak w dużej rodzinie, w
którym było nawet przedszkole. W związku z czym dzieciństwo nasz bohater
wspomina jako szczęśliwe. Po pięciu latach rodzice przenieśli się do Warszawy,
ponieważ otrzymali angaż do zespołu „Mazowsze”. Jak wiadomo, oba zespoły pieśni
i tańca były polskimi formacjami eksportowymi, co wiązało się z częstymi
wyjazdami, głównie za granicę.
„Moi rodzice wychowali mnie w totalnej wolności, dając mi wszystko,
czego oni sami nie mieli. Bez tego nie mógłbym sobie pozwolić, żeby w wieku lat
18 zdecydować, że zostaję muzykiem i odtąd żyję bez bossa.” Tak mówi w książce.
Po kolei
śledzimy drogę artystyczną Roberta Maksymiliana Brylewskiego, który wraz z
kolegami z liceum zakłada najpierw grupę „The Boors”, przekształconą wkrótce w „Kryzys”.
W 1981 roku, zaraz po koncercie w Trójmieście, grupa się rozwiązuje, aby
miesiąc później zmienić skład i przekształcić się w jeden z najbardziej chyba kultowych zespołów polskiej muzyki alternatywnej - „Brygadę Kryzys”, z drugim liderem, Tomkiem Lipińskim.
Począwszy od „Kryzysu”, przez kolejne formacje, które założył: „Brygadę Kryzys”, kontynuującą linię punkową, „Izrael”, zwracający się ku muzyce reggae z elementami rock’n’rolla, w którym rolę głównego wokalisty pełnił Dariusz Malejonek, postpunkową „Armię”, do której zaprosił wokalistę i autora tekstów Tomasza Budzyńskiego, po niezwykły, pionierski duet „Max i Kelner”, który był ponownym spotkaniem z przyjacielem z „Kryzysu” i "Izraela", Pawłem „Kelnerem” Rozwadowskim, Robert pełnił przede wszystkim rolę gitarzysty, ale także śpiewał, był kompozytorem i autorem tekstów. Trzeba też wspomnieć o „Falarek Band”, zespole, z którym nagrał w 1995 roku jedyną, rewelacyjną (moim skromnym zdaniem), prekursorską płytę i wystąpił na niej po raz pierwszy nie jako gitarzysta, a wiodący wokalista i autor bardzo osobistych tekstów. We wszystkich tych formacjach miał olbrzymi wpływ na brzmienie. W telewizyjnym filmie „Exodus” mówi o sobie: „Nazywam się Robert Brylewski i zajmuję się dźwiękiem. Jestem zafascynowany dźwiękiem”. W tej dziedzinie rzeczywiście był wizjonerem. Wyprzedzał swoją epokę. Ten jego słynny „siódmy plan” i "ściana dźwięku", technika dubowa, eksperymenty elektroniczne, sample, mistrzowskie operowanie efektami, pogłosem, rozłożenie akcentów i wyważenie proporcji w nagraniach, przeszły do historii polskiej muzyki, nie tylko alternatywnej.
Z perspektywy czasu dźwiękowe eksperymenty Bryla zaskakują świeżością i oryginalnością, dowodzą też jego otwartości na odkrywanie nowych obszarów muzycznych. Na YouTube można obejrzeć jego występ na festiwalu "Tam Gdzie Biją Źródła" w Ustroniu (1997), gdzie wykonuje jako prowadzący gitarzysta i wokalista razem ze sformowaną na tę okoliczność Dub Orchestra (sekcja to "Świat Czarownic" + Sławomir Gołaszewski na klarnecie) i Józefem Brodą, rozbudowany utwór Izraela "Duchowa rewolucja". Józef Broda, ceniony badacz folkloru, muzyk i pedagog, gra tu na trombicie i na liściu (tak, na zwykłym liściu z drzewa!). Kompletny odlot, świadczący też o tym, że Robert potrafił odnaleźć się w każdym rodzaju muzyki. <Robert Brylewski & Dub Orchestra (z udziałem Józefa Brody) - Duchowa rewolucja>
Nie sposób nie wspomnieć o studiu nagraniowym, założonym przez Brylewskiego w 1988 roku, nazwanym „Złota Skała”, najpierw na wsi, w Stanclewie, na Warmii, dokąd przeniósł się na dwa lata wraz z rodziną i kolegami. Siedlisko to kupił wraz z ziemią i studio wyposażył przyjaciel i mecenas muzyków Marcin Miller, polski stolarz-przedsiębiorca z Wielkiej Brytanii. Tam „Armia” nagrała swoją, uznawaną za najlepszą, płytę „Legenda”, a „Izrael” przygotował materiał na historyczny album „1991” (sama płyta została nagrana w Londynie w słynnym studiu "Ariwa"). Tam Afa nie tylko brał udział w próbach i nagraniach jako muzyk, ale także wcielał w życie tajniki realizacji dźwięku. Dzięki niemu oba albumy brzmią fenomenalnie, a muzyka zupełnie się nie zestarzała i dzisiaj słucha się ich z przyjemnością. Później „Złotą Skałę” otworzono w warszawskim klubie „Riviera Remont”, by przenieść je potem do „Proximy”. W ciągu czterech lat istnienia przez studio przewinęło się 200 młodych zespołów, które nagrały tam swoje debiutanckie kasety lub płyty kompaktowe pod czujnym okiem i ręką Roberta.
To wszystko sprawiło, że przez branżę uważany był nie tylko za
znakomitego muzyka, ale także za jednego z najlepszych realizatorów dźwięku w
naszym kraju. Wolał jednak koncertować. Jak sam mówił, muzyka to dla niego „komunikowanie się z innymi. Wolę
być skazany na samotność w życiu, niż w muzyce”.
Był outsiderem. Nigdy nie wchodził w układy z tzw. show-biznesem. Nie chciał być, jak sam mawiał, „taką kukiełką rock’n’rollową bez treści”, której ktoś będzie dyktował, co i jak ma grać, jak się ubierać czy jak żyć. W książce mówi: „Czuję się jak człowiek spoza układu. Próbuję ułożyć sobie życie gdzieś na zewnątrz. Egoizm, który lubię, polega na tym, że jest mi dobrze, kiedy dobrze jest tym, których lubię.” Szanował wszystkich, nawet tych, których światopogląd, styl uprawiania muzyki czy charakter były zupełnie różne od wartości, które sam wyznawał. Dlatego czuł żal z powodu zachowania kolegów z „Armii”, którzy zamiast podjąć próbę dialogu, spotęgowali poczucie odrzucenia w zespole. On był agnostykiem, reszta muzyków żarliwie wyznawała religię katolicką. Ta uwidaczniająca się z biegiem lat różnica oraz fakt, że nie stronił od miękkich narkotyków, czego na dłuższą metę nie aprobowali koledzy, spowodowały jego odejście z grupy. Czarę goryczy przelała propozycja Budzyńskiego, aby na drugiej gitarze solowej grał dotychczasowy waltornista Krzysztof "Banan" Banasik (ten sam, który występował w "Kulcie"), na co Brylu nie chciał się zgodzić, twierdząc, że kopiuje on riffy kapel zachodnich, a jego solówki są mało oryginalne.
Zawsze trzymał się z dala od głównego nurtu. Jego prostolinijność, nonkonformizm, a nawet idealizm, powodowały, że często miewał problemy, głównie
natury egzystencjalnej. Kompletnie nie miał głowy do interesów, nie dbał o
profity finansowe. Nie był wyrachowany, nie potrafił układać się ani prosić o
pomoc. Prawdopodobnie takie podejście do życia sprawiło, że rozsypała mu się rodzina, którą stworzył z
pół-Ghanką, pół-Polką Vivian Quarcoo. Do tego doszedł jeszcze wypadek
samochodowy, w którym zginęło dwoje przyjaciół, w tym żona perkusisty „Izraela”
Piotra „Stopy” Żyżelewicza (później w Voo Voo). Wkrótce rozwiązał zespół i
zamknął studio „Złota Skała”. Wszystko
to przyczyniło się do załamania psychicznego i wejścia w głębszy ciąg
narkotykowy, który trwał kilka lat.
Otrzeźwienie przyszło dopiero po rozwodzie, w 2001 roku, gdy uświadomił
sobie, że mając dwoje dzieci, córki, które bezgranicznie kochał, ma dla kogo
żyć. Bez leczenia terapeutycznego, dzięki silnej woli, stopniowego
zmniejszania w kolejnych okresach porcji amfetaminy, udało mu się wyjść z tego nałogu.
Oprócz działalności muzycznej, tworzył też animacje komputerowe, video-clipy oraz grafiki, które
często obejmowały specyficzną oprawę wizualną koncertów czy pomieszczeń (czytaj: mieszkań, w których mieszkał).
Projektował afisze, okładki albumów, fanziny, malował graffiti. Interesowała go
grafika komputerowa, przy pomocy której kreował pomysłowe filmiki. Był
współtwórcą Festiwalu „Rób Reggae” w Warszawie. Wystąpił także jako aktor w
głośnym filmie wg scenariusza Tymona Tymańskiego „Polskie gówno”. Współpracował z wieloma innymi artystami, m.in. z zespołami: „Świat Czarownic”, „Deadlock”, „The Users”, „52um”, „Szmata”, „Ziggie Piggie”, „Karpaty Magiczne”, oraz z Tymonem Tymańskim, Marcinem Świetlickim, "Grabażem" i Kasią
Nosowską. Odnajdywał się w różnych gatunkach muzycznych, zawsze dodając coś oryginalnego od siebie. Paweł „Konjo” Konnak wyreżyserował w 1996 roku dokument, wspomniany
wcześniej „Exodus”, będący filmowym portretem Brylewskiego, osnutym wokół serii materiałów archiwalnych - wywiadów i fragmentów filmów koncertowych.
Zmarł w wieku 57 lat w wyniku obrażeń po pobiciu przez syna byłej
właścicielki mieszkania, w którym mieszkał wraz ze swoją partnerką. Napastnik,
był pod wpływem alkoholu i zaatakował Brylewskiego przez pomyłkę. Idiotyczna i
niepotrzebna śmierć.
Książka odpowiada na pytanie, na czym polega fenomen tego artysty. Wynika z niej, że był człowiekiem skromnym, wrażliwym i pełnym ciepła. Miał w sobie to „coś”, magnetyzującą osobowość, niesłychaną szczerość. Jeden z muzyków, chyba Dariusz Malejonek, powiedział w jakimś wywiadzie, że mimo, że nie był nigdy na estradzie postacią pierwszoplanową, bo przecież w „Brygadzie Kryzys” był to Tomek Lipiński, w „Izraelu” – Maleo, a w „Armii” – Budzy, jednak to on skupiał największą uwagę. Był prospołeczny. Nie liczyło się dla niego "ja", ale "my". Tak w jednym z wywiadów wypowiedział się na ten temat Maciej "Magura" Góralski, perkusista i autor tekstów "Kryzysu": "Można powiedzieć, że Robert jest społecznikiem, a ja jestem eremitą. Nie lubię należeć do żadnej grupy, a Robert zawsze tworzył wokół siebie mandalę."
Jeden z fanów napisał trafnie pod jakimś clipem na YouTube: „Brylu, szacun!!! Szkoda, że to Polska, w innym kraju byłbyś jak IGGY POP.”
I ja się pod tym podpisuję.
„Kryzys w Babilonie” jest bardzo starannie opracowaną i wydaną pozycją. Zawiera bardzo szczegółowe kalendarium, dyskografię, filmografię, spis ilustracji, indeks osób i zespołów muzycznych. Historia Roberta Brylewskiego kończy się tu na roku 2011, gdy z Gdańska (mieszkał tam od 2005 roku) artysta wraca do Warszawy. To, co działo się z nim między rokiem 2011 a 2018, w którym zmarł, można prześledzić w informacjach prasowych, w wywiadach lub na podstawie nagrań. Czy całkowicie zerwał z używkami? Tymon Tymański po śmierci artysty stwierdził, że nie był on uzależniony. Jednak narkotyki wywołały spore spustoszenie w organizmie, co można zauważyć na późniejszych zapisach koncertów i wywiadów. Mimo - w gruncie rzeczy - dość pesymistycznej wymowy, jest to książka godna polecenia. Rekomenduję ją wszystkim miłośnikom rocka, a dla wielbicieli muzyki alternatywnej powinna być pozycją obowiązkową.
Joanka
Komentarze
Prześlij komentarz