CYNOWA ROCZNICA SŁUPSKIEJ SINFONIETTY
W ubiegłą niedzielę, 6
października, odbył się jubileuszowy koncert Słupskiej Sinfonietty z okazji 10-lecia jej powstania. Kameralny zespół, który został zawiązany na potrzeby programu
poświęconego Zbigniewowi Herbertowi, patronowi słupskiego V Liceum
Ogólnokształcącym, przerodził się za sprawą Macieja Banachowskiego w orkiestrę
złożoną z muzyków chcących kontynuować wspólne muzykowanie. Początkowo jako
Słupska Orkiestra Młodzieżowa odbył kilka koncertów w sali Polskiej Filharmonii
„Sinfonia Baltica”. Na pomysł otoczenia młodego zespołu opieką wpadł Jerzy
Mazurek, były prezydent Słupska, ówczesny pełnomocnik dyrektora filharmonii d/s
ekonomiczno-administracyjnych i radny rady miejskiej. Dyrektor filharmonii
Bohdan Jarmołowicz temu przyklasnął. Tym chętniej, że Maciej Banachowski był
jego studentem w klasie dyrygentury symfoniczno-operowej Akademii Muzycznej w
Bydgoszczy. Do końca dyrekcji Jarmołowicza i podczas trzyletniej kadencji
Rubena Silvy Sinfonietta pozostawała pod opieką Filharmonii. Dopiero Bogdan
Kułakowski, który piastował funkcję p.o. dyrektora, zerwał tę umowę. Wówczas
pomocną dłoń wyciągnęła Jolanta Krawczykiewicz, dyrektorka Słupskiego Ośrodka
Kultury - udostępniła zespołowi siedzibę i roztoczyła nad nim pieczę
administracyjną. Tak jest do dziś, mimo że orkiestra nadal odbywa próby i
koncertuje w sali filharmonii, tyle że musi za to ponosić wyższe koszty
finansowe. Tego rysu historycznego, który mógłby zostać zawarty dosłownie w
dwóch zdaniach, zabrakło mi podczas uroczystości. A trzeba pamiętać, że na
widowni były osoby spoza Słupska, które kompletnie nie orientują się w statusie
i sytuacji zespołu.
Szef Słupskiej
Sinfonietty, Maciej Banachowski, wybrał do uroczystego koncertu utwory o
charakterze rozrywkowym. Sądziłam, że pierwsza część wieczoru zostanie
poświęcona muzyce klasycznej. Zwłaszcza, że orkiestra ta kilka razy udowodniła,
że jest w stanie zaprezentować z powodzeniem także taki repertuar. Z drugiej
strony rozumiem, że wymaga to większej ilości prób, a niektórzy muzycy,
szczególnie w sekcji instrumentów dętych, zostali doangażowani do orkiestry spoza
Słupska. Tak czy inaczej, z przyjemnością pragnę odnotować fakt, że zasiadła
przed nami orkiestra w pełnym składzie małej orkiestry symfonicznej, z
normalnym liczebnie kwintetem i sprawną sekcją rytmiczną. Zabrzmiały największe
przeboje, polskie i obce, oraz standardy.
Pierwszą część wieczoru rozpoczęła orkiestra pod batutą Macieja Banachowskiego wiązanką utworów Michaela Jacksona w aranżacji Bohdana Jarmołowicza, a zakończył Bohemian Rhapsody z repertuaru grupy Queen w opracowaniu dyrygenta z pełną energii solówką Karoliny Terefenko na skrzypcach, które z powodzeniem zastąpiły tu gitarę Briana Maya. Pomiędzy tymi kompozycjami instrumentalnymi zaprezentowały się wraz z orkiestrą słupskie wokalistki: Katarzyna Reichert, Kamila Lewicka, Aleksandra Cybula, Katarzyna Wołoszyn i Daria Sikorska. Była więc na początku Bombonierka (Kasia Reichert) i Testament (Kamila Lewicka) z repertuaru Grzegorza Turnaua. Ola Cybula, zafascynowana musicalem, wykonała Another Day of Sun z filmu La La Land. Bardzo podobała mi się interpretacja przeboju Gdzie ci mężczyźni z repertuaru Danuty Rinn, której podjęła się Katarzyna Wołoszyn (w tej części zaśpiewała także Lady Madonnę, przebój Beatlesów z lat 60-tych). Kasię znam od dziecka i z uwagą obserwuję jej rozwój. Zawsze byłam ciekawa, w jaki sposób przemyci coś własnego do danego utworu i nigdy się nie zawiodłam.
Tempo koncertu i całej uroczystości było wartkie. Zastosowano
bowiem sprytny zabieg, polegający na tym, że występy artystyczne przepleciono
wystąpieniami oficjalnymi (peany na cześć dyrygenta i orkiestry, nagrody,
koperty i miłe słowa). Podczas swojej pracy byłam świadkiem dziesiątków, jeśli
nie setek, podobnych jubileuszy, i zawsze forma była taka sama: władze lub
zwierzchnicy występowali na początku, a inni składający życzenia i prezenty, na
końcu części artystycznej. Zwykle ciągnęło się to niemiłosiernie. Tu, dzięki
dyscyplinie narzuconej przez prowadzącego Marka Rogalę, po każdym utworze
muzycznym następowała wypowiedź wywołanej osoby w myśl hasła: minimum słów,
maximum muzyki. Dzięki temu udało się zamknąć całą uroczystość w niespełna
trzech godzinach.
Druga część koncertu miała podobny układ. Wystąpiły te same wokalistki plus Daria Sikorska (dwukrotnie) i - zawsze w formie - Dziecięco-Młodzieżowy Chór „Fantazja”, działający przy II LO pod kierunkiem nieocenionej Lilianny Zdolińskiej, który towarzyszył solistkom niemal w każdej piosence. Z radością zauważam, że wreszcie słyszalne były głosy męskie, z którymi zawsze jest problem w chórach amatorskich, ponieważ chłopcy nie bardzo garną się do śpiewania. Na początek jednak Piotr Mach, koncertmistrz słupskich filharmoników, zagrał, specjalnie opracowany na skrzypce solo i orkiestrę dla mamy Maestro, jej ulubiony standard What a Wonderful World, skomponowany przez wielkiego „Satchmo”. Brawo! Potem nastąpiły interpretacje dwóch utworów z repertuaru Maryli Rodowicz – Damą być (Daria Sikorska) i Tango na głos, orkiestrę i jeszcze jeden głos (Kamila Lewicka). W hołdzie Ewie Demarczyk Kasia Wołoszyn wykonała Karuzelę z madonnami, Ola Cybula zmierzyła się z Summer Nights z musicalu Grease, a Kasia Reichert sięgnęła po song Hop, szklankę piwa! z musicalu Szalona lokomotywa, który w oryginale wykonywał Marek Grechuta. Zwieńczeniem koncertu był kolejny ukłon w stronę Maryli Rodowicz w postaci wielkiego przeboju piosenkarki Niech żyje bal, w interpretacji Darii Sikorskiej, do której dołączyły pod koniec utworu pozostałe wokalistki.
Nie będę tu rozpływać
się nad talentem Macieja Banachowskiego, ponieważ pisałam o tym wielokrotnie i
wielokrotne jego umiejętności podkreślano podczas koncertu. Poza sporym już
doświadczeniem dyrygenckim i zdolnościami aranżacyjnymi, Maciek potrafi z dużym poczuciem humoru poprowadzić konferansjerkę (czasami wspomagał Marka Rogalę). Jednakże, moim
zdaniem, jego znaczącym sukcesem jest stworzenie w zespole świetnej
atmosfery, dzięki której muzycy (przecież amatorzy, którzy nierzadko zajmują
się innymi, nieartystycznymi dziedzinami) z pasją i oddaniem poświęcają się
muzyce. Niektórzy dyrektorzy profesjonalnych instytucji mogliby się od niego
uczyć.
Wszystkie solistki wypadły znakomicie. Moim skromnym zdaniem, dwie z nich - Kasia Wołoszyn i Daria
Sikorska - ze względu na swoje warunki wokalne są predestynowane do wykonywania
muzyki jazzowej. Może warto o tym pomyśleć? Zwłaszcza, że na naszym rynku
niewiele jest młodych, tak utalentowanych wokalistek jazzowych.
No, i nasza młoda
jubilatka – orkiestra. Zagrała świetnie, czysto, rytmicznie i z energią. Dobra
sekcja rytmiczna (fortepian, gitara basowa i perkusja). Wyczuwało się wzajemne
porozumienie, współpracę z dyrygentem i radość grania. A to najważniejsze cechy
prowadzące do sukcesu. Życzę więc Maćkowi, orkiestrze i wszystkim, którzy z
nią współpracują, wielu spektakularnych sukcesów, nowych i odkrywczych pomysłów oraz rozwijania
umiejętności muzycznych.




Komentarze
Prześlij komentarz