LEONARD COHEN - I'M YOUR FAN
Po raz pierwszy o Leonardzie Cohenie usłyszałam, a w zasadzie
przeczytałam, o ile dobrze pamiętam, w magazynie „Jazz” na początku lat 70., w
pierwszej lub drugiej klasie liceum, zanim Maciej Zembaty
zajął się na dobre propagowaniem utworów kanadyjskiego pieśniarza i poety. Mimo
że Leonard Cohen gościł w Polsce w latach 1985, 2008, 2010 i 2013, nie dane mi było być
na żadnym koncercie tego artysty. Jednak w latach 70. jego utwory były mi
bliskie, a on sam fascynował nie tylko jednym z najbardziej zmysłowych męskich
głosów wokalnych, lecz także roztaczał aurę pewnej tajemniczości, która zawsze pociąga
kobiety.
Z tym większą ciekawością obejrzałam kilka dni temu blisko dwugodzinny
dokument, wyświetlany w limitowanej liczbie seansów w Multikinach. Po raz
pierwszy film ten został pokazany na festiwalu Tribeca Film w Nowym Jorku
w czerwcu 2022 r. Został wyprodukowany rok wcześniej, lecz pracę nad jego
realizacją rozpoczęły się już w 2014 roku, a więc za życia Cohena, który parze
reżyserskiej, Danielowi Gellerowi i Daynie Goldfine udzielił wszelkich
zezwoleń, dając tym samym zielone światło. Teraz, pod tytułem "Hallelujah:
Leonard Cohen, a Journey, a Song", trafił do polskich kin.
Jak wskazuje tytuł, głównym tematem filmu jest historia powstania
jednego z najpopularniejszych utworów pieśniarza. Choć w gruncie rzeczy temat
ten jest jedynie pretekstem do pokazania mozolnej i nie pozbawionej cierni
drogi artysty do popularności i sławy. To przejmujący zapis duchowych i
twórczych poszukiwań Cohena, zawierający liczne archiwalne wypowiedzi samego
artysty, wspomnienia producentów i innych wykonawców, fragmenty koncertów oraz rozmaite notatki i zapiski w notatnikach.
Cohen jako pieśniarz debiutował stosunkowo późno, bo w wieku 33 lat.
Wcześniej, skomponował pierwszy ze swoich największych przebojów - o ile można
takim mianem określić jego poetyckie i refleksyjne utwory - „Suzanne”, który wykonała
i nagrała folkowa piosenkarka Judy Collins. Wkrótce, dzięki wstawiennictwu
Johna Hammonda, udało mu się podpisać pierwszy kontrakt płytowy na nagranie
albumu zatytułowanego „Songs of Leonard Cohen” ze słynną Columbia Records. Tej
wytwórni pozostał wierny przez długie lata.
Z filmu dowiadujemy się także, iż proces twórczy utworów kanadyjskiego
barda trwał bardzo długo. W przypadku „Hallelujah” aż osiem lat. Zanim stał się kompozycją kultową, przeszedł rozmaite koleje losu. „Columbia” odrzuciła
cały album, na którym znalazła się ta ballada, dlatego wydała go wytwórnia
brytyjska. Na przestrzeni lat Cohen cyzelował tekst piosenki. Przez kilka lat wykonywał ją na koncertach w różnych wersjach
tekstowych. Podobno istnieje ich około 150. Najpierw słowa odwoływały się w
przeważającej części do Starego Testamentu, by w ostatecznej wersji przybrać
formę bardziej uniwersalną dla przeciętnego, współczesnego słuchacza.
Należne uznanie kompozycja zdobyła najpierw w środowisku muzyków. John
Cale, współtwórca Velvet Underground, współpracownik Briana Eno, Lou Reeda czy
Patti Smith, był pierwszym po Cohenie wykonawcą utworu. Cale chcąc ją
interpretować po swojemu, poprosił autora o przysłanie tekstu. Otrzymał
kilkanaście stron maszynopisu. Wybrał najbardziej zuchwałe fragmenty, które
tworzą tekst jego wersji i którą opublikował na poświęconym Cohenowi albumie
"I'm Your Fan" z 1991 roku. Wersja Cale'a stała się jakby podstawową
wersją piosenki, wykonywaną przez innych artystów.
Jak wynika z „sondy” przeprowadzonej wśród różnych muzyków przez twórców filmu, najczęściej zetknęli się oni z tym utworem za pośrednictwem wersji Jeffa Buckleya, syna znanego amerykańskiego muzyka, wokalisty i autora tekstów Tima Buckleya. Mają ją w swoim repertuarze między innymi także Bono i Guns N’Roses .
Niewiele jest w filmie wątków nawiązujących do miłosnego życia artysty.
Z innych przekazów wiemy, że nigdy się nie ożenił, mimo że łączono go z wieloma
znanymi i mniej znanymi kobietami - od Janis Joplin począwszy na aktorce Rebece
do Mourney skończywszy. W rozmowie z "The Guardian" mówił: "Nie
jestem związany z nikim. Z rozbawieniem czytam o mojej reputacji kobieciarza.
Nawet, gdy byłem młodszy, nigdy nie byłem świadomy tej etykiety, więc prawdę
mówiąc, nie mogłem z niej skorzystać. Ale dla kogoś, kto ma tego rodzaju
reputację i spędził samotnie wiele nocy, posiadanie takiej etykiety ma gorzki
smak. Reputacja nie służyła mi dobrze. Są kobiety, z którymi chciałem się
spotkać, ale one bały się mnie". Nie zaskakuje więc wyznanie artysty w
którymś z wywiadów, że zakochał się po raz pierwszy w życiu w wieku 50 lat.
Wcześniej nie rozumiał, jak twierdzi, tego uczucia. Obiektem miłości dojrzałego
Cohena była Dominique Issermann, francuska fotografka mody, która między innymi
zrealizowała jeden z jego clipów do utwory „First We Take Manhattan” i
dokumentowała jego kolejną światową trasę koncertową.
Wiadomo też, że nie chciał mieć dzieci. Jednak został ojcem. Owocem
związku z malarką Suzanne Elrod jest Adam i Lorca. Muzyk dementuje tu pogłoski, że utwór
„Suzanne” jej dotyczy. Matkę swoich dzieci poznał dopiero kilka lat po
skomponowaniu tej piosenki, którą dedykował żonie przyjaciela i z którą łączyła
go relacja czysto platoniczna.
Tymczasem Cohen, zmęczony aktywnością koncertową, przybity rozpadem
swojego życia prywatnego, w 2004 roku na pięć lat zamknął się w klasztorze
Mount Baldy, niedaleko Los Angeles, gdzie prowadził ascetyczne życie
podporządkowane medytacjom zen. Nie sądził, że wróci jeszcze do koncertowania.
Okazało się jednak, że życie płata różne figle. I konieczność życiowa -
kradzież oszczędności artysty przez bliską znajomą i byłą menadżerkę -
sprawiła, że został zmuszony w wieku siedemdziesięciu kilku lat, do wyruszenia
w trasy koncertowe.
I co to był za „come back”! Pełne hale i stadiony, uwielbienie bardzo zróżnicowanej pokoleniowo publiczności i nieopisana satysfakcja artysty. Możemy podziwiać nie tylko jego znakomitą kondycję artystyczną, ale i fizyczną. Bowiem śpiewa, tańczy i porusza się na koncercie niczym nastolatek przez blisko trzy godziny. Jest w filmie wzruszający fragment, który pokazuje występ na olbrzymim
stadionie w Tel Awiwie, podczas którego słuchacze śpiewają razem z Cohenem, nie chcąc
wypuścić go z estrady. W pewnym momencie on przerywa tę euforię i w języku
hebrajskim przemawia do tłumu, złożonego także z Palestyńczyków, prosząc o
pokój między oboma zwaśnionymi narodami.
Film kończy się wypowiedzią samego Cohena, stając się swego rodzaju
puentą: „Rozglądasz się dookoła i widzisz świat, który jest nieprzenikniony. I
albo podnosisz pięść, albo mówisz: alleluja. Ja staram się robić i jedno, i
drugie.”
Polecam ten film. Dla wszystkich fanów Leonarda Cohena jest to pozycja obowiązkowa.
Komentarze
Prześlij komentarz