Goodbye, Danielu Craig…


 

             Gdy 17 lat temu dowiedziałam się, że w rolę kolejnego Jamesa Bonda wcieli się Daniel Craig, podobnie jak większość fanów filmów z Agentem 007, byłam rozczarowana. Przede wszystkim, aktor nie odpowiadał wizualnym warunkom stawianym przez Iana Fleminga, autora powieści. Powinien być niebieskookim, przystojnym brunetem, mierzącym minimum 6 stóp wzrostu, czyli 183 cm. Takim, jak Pierce Brosnan, z pewnością najprzystojniejszy Agent w służbie Jej Królewskiej Mości. Poza tym, Craig, nazywany przez złośliwców Mr. Kartofel, był niskim, krępym blondynem o plebejskiej fizjonomii. Ale, w myśl powiedzenia, które niedawno przypomniał mi mój kolega, że „nie szata zdobi człowieka”,  wszystkie te cechy stały się mało ważne po obejrzeniu „Casino Royale”, pierwszego filmu z Craigiem-Bondem. Jest to, w moim prywatnym rankingu,  najlepszy film z bondowskiej serii. W obrazie tym Craig po raz pierwszy pokazał Bonda jako człowieka z krwi i kości, który nie tylko „zbawia świat”, ale cierpi, czuje, kocha, a nawet marzy. I jest w tym bardzo przekonujący. Tą rolą zamknął usta wszystkim niedowiarkom i… nie otworzył ich przez następne lata.

             Po „Casino Royale” nastąpił bardzo widowiskowy i dynamiczny, nawiązujący do wcześniejszych filmów serii, „Quantum of Solace”, by w „Skyfall” znowu pokazać zmęczonego życiem głównego bohatera, otoczonego demonami z przeszłości. W następnym filmie, „Spectre”, poza kluczowym dla fabuły nawiązaniem do dzieciństwa Bonda, ponownie byliśmy świadkami  zapierających dech w piersiach wyścigów samochodowych, bijatyk i fajerwerków. Także w „Spectre”, James żegna się ze swoją służbą w MI6 i przechodzi na zasłużoną emeryturę. We wszystkich tych filmach Agent 007 w wykonaniu Craiga był postacią pogłębioną psychologicznie, bezwzględnym i wrażliwym zarazem. Taki twardziel o miękkim sercu. Duże wrażenie robiła także jego sprawność fizyczna. W scenach walk, których było chyba znacznie więcej niż w poprzednich filmach o 007,  nie oszczędzał się. Intensywnie też pracował nad swoim ciałem. Jest taka scena w „Casino Royale”, gdy bohater wynurza się z morskiej toni niczym Ursula Andress w „Doktorze No”, i  - trzeba przyznać - miło popatrzeć na jego pieczołowicie wypracowaną muskulaturę. 

             „Nie czas umierać” jest dwudziestym piątym filmem z Agentem 007. Jak wiadomo, premiera z powodu pandemii koronawirusa została przesunięta o rok. W tzw. „międzyczasie” zrezygnował reżyser Danny Boyle, a „pałeczkę dyrygencką” przejął od niego jedyny jak dotąd Amerykanin - Cary Fukunaga. 

 Fabuła jest kontynuacją historii ze „Spectre” i zarazem klamrą spinającą wszystkie pięć filmów z Craigiem. Bonda spotykamy na Jamajce, gdzie rozkoszuje się emeryturą i życiem ze znaną z poprzedniego obrazu terapeutką Madeleine Swann, córką Mr. White’a, nieżyjącego adwersarza naszego bohatera. Tam odnajduje go dawny przyjaciel z CIA, Felix Leiter, który prosi go o przysługę. Trzeba zlokalizować, uprowadzonego przez organizację Spectre, naukowca, który wykradł z laboratorium MI6 niebezpieczną broń biologiczną, zaprogramowaną na konkretne DNA. Początkowo Bond nie wydaje się zainteresowany nowym zadaniem. Ale gdy dowiaduje się, że stoi za tym jego odwieczny wróg i zarazem przyrodni brat, Blofeld, podejmuje wyzwanie. I zaczyna się prawdziwa akcja…

W „No Time To Die” Fukunaga powraca do postaci i wątków z poprzednich filmów z Craigiem, które są ze sobą powiązane choćby poprzez działania Blofelda, i znajdują swoją kulminację w tej części. Trzeba przyznać, że reżyser zawarł  tu wszystko: świetnie opracowane sceny walk, niebanalnie zaaranżowane pościgi samochodowe, bajeczne widoki (piękne zdjęcia Matery - miejscowości na dole „włoskiego buta”, Norwegii czy malowniczej Kuby), a także romans, pomysłową intrygę, dobre tempo i nieprzewidywalne zakończenie. No, i aktorstwo. Poza Ramim Malkiem (laureat Oscara za rolę Freddy’ego Mercury), którego bohater, czarny charakter, Lyutsifer Safin, jest sztuczny i pełen niepotrzebnego patosu, wszyscy stają na wyżynach aktorstwa: M (Ralph Fiennes),  Q (Ben Whishaw),  Blofeld  (Christopher Waltz),  Bill Tanner (Rory Kinnear), Felix (Jeffrey Wright), by wymienić tylko te kilka nazwisk. Prawdziwy majstersztyk to rozmowa M. z Bondem, w której dwóch agentów w podeszłym wieku, z prawdziwie angielską flegmą robi sobie złośliwe uwagi.

Poza rolą Craiga, na większą uwagę zasługują kobiety. Trzeba pamiętać, że scenariusz tej części został napisany zaraz po powstaniu zainicjowanego przez hollywoodzkie aktorki ruchu #MeToo. Dlatego pewnie scenarzyści i reżyser doszli do wniosku, że zmienią nieco seksistowskie podejście do bohaterek płci pięknej i skończą z kobietami-ozdobnikami, z którymi można tylko pójść do łóżka. Tutaj wszystkie postaci kobiece są równoprawnymi partnerkami mężczyzn. Począwszy od Lei Seydoux, której rola Madeleine Swann jest, w porównaniu z jej udziałem w „Spectre”, bogatsza i bardziej wiarygodna, poprzez Lashanę Lynch, agentkę MI6, której po odejściu Bonda, przydzielono numer 007 i lojalną wobec niego Moneypenny (piękna i utalentowana Naomie Harris), na Anie de Armas, grającą Palomę, agentkę CIA, skończywszy.

Gdy kupowałam bilet, sprzedająca mi go dziewczyna w Multikinie powiedziała, że widziała ten film dwa razy i za każdym razem płakała. Muszę przyznać, że „No Time To Die” to obraz bardzo wzruszający, najbardziej ze wszystkich 25 części serii. Znajduje to także odzwierciedlenie w muzyce. Refleksyjna jest tytułowa piosenka „No Time To Die” wykonywana przez Billie Eilish. Nostalgicznie brzmią cytaty wkomponowane przez Hansa Zimmera ze ścieżek dźwiękowych z wcześniejszych filmów, jeszcze tych z Seanem Connery’m. Zaś obraz kończy „We Have All the Time in the World” w oryginalnym wykonaniu Louisa Armstronga z filmu „W służbie Jej Królewskiej Mości” z Georgem Lazenby w roli Bonda, który pierwszy i jedyny raz w historii zawiera w filmie związek małżeński.

Przed premierą piątego, ostatniego filmu z Craigiem, TVP 1 stanęła na wysokości zadania i w środę, 29 września, późnym wieczorem, wyemitowała godzinny dokument zatytułowany „Być jak James Bond”, który opowiada historię zdobycia roli przez Craiga, zawiera archiwalne ujęcia z planu poszczególnych części oraz odsłania pewne fakty nieoczywiste dla widza. Okazuje się bowiem, że do castingu stanęło blisko 200 aktorów z Collinem Farrellem, Hugh Jackmanem i Ewanem McGregorem na czele. I gdyby nie upór producentki Barbary Broccoli, Bondem byłby zupełnie ktoś inny. Dowiadujemy się także, że w pierwszych scenach „Spectre” Craig grał ze złamaną nogą, a w „Casino Royale” jego osobisty trener chwalił go za dyscyplinę i wolę do morderczych ćwiczeń. Film jest laurką dedykowaną aktorowi i podziękowaniem za jego wyjątkowo znaczący wkład do roli 007. Podobno Daniel Craig marzy o Oscarze. Czy otrzyma tę statuetkę? Sama jestem ciekawa. W każdym razie, będę trzymać za niego kciuki.

Z pewnością my, fani filmów z Agentem 007,  będziemy długo pamiętali Craiga jako aktorsko najlepszego Jamesa Bonda. Bezspornym faktem jest, że jego następcy będzie dużo, dużo trudniej wywiązać się należycie z zadania, bowiem poprzeczka ustawiona została bardzo wysoko.

Film trwa 2 godziny i 43 minuty, które mijają bardzo szybko. I nie jest to czas zmarnowany.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

MŁODZI DYRYGENCI Z MŁODĄ ORKIESTRĄ

ZE SMYCZKAMI PRZEZ EPOKI

Sercem jestem zanurzony w jazzie…