MARZENA DIAKUN W FILHARMONII NARODOWEJ

Staram się przynajmniej raz w roku uczestniczyć w koncertach orkiestry Filharmonii Narodowej w Warszawie. Poziom tego zespołu bowiem gwarantuje niezapomniane przeżycia artystyczne.

Tym razem, magnesem, który przyciągnął mnie do sali stołecznej Filharmonii była osoba dyrygentki Marzeny Diakun, absolwentki Akademii Muzycznej we Wrocławiu w klasie prof. Mieczysława Gawrońskiego. Jako pierwszy Polak (celowo nie piszę: „Polka”) zdobyła II Nagrodę - “Srebrną Batutę” na IX Międzynarodowym Konkursie im. G. Fitelberga w Katowicach (2012). Jest także laureatką, finalistką i półfinalistką kilku innych konkursów dyrygenckich. Bardzo jej kibicuję, dlatego z ogromną ciekawością oczekiwałam efektu kilkudniowej pracy z tą renomowaną orkiestrą.

Program koncertu składał się z trzech utworów: „Le tombeau de Couperin” („Nagrobek Couperina”) Maurice’a Ravela, „Concert champệtre” na klawesyn i orkiestrę Francisa Poulenca oraz „II Symfonii c-moll” op. 15, zwanej „Charakterystyczną”, Ignacego Feliksa Dobrzyńskiego.

Pierwsza kompozycja jest transkrypcją suity fortepianowej na orkiestrę symfoniczną, dokonaną przez samego Ravela, składającą się - w wypadku wersji orkiestrowej - z czterech miniatur (suita fortepianowa ma ich sześć), poświęconych pamięci przyjaciół Ravela poległych podczas I wojny światowej. Kompozycja Ravela raczej nie stawia przed orkiestrą i dyrygentem jakichś wielkich wymagań technicznych. Muzyka „płynie”, a my podziwiamy tu różne odcienie nostalgii i smutku, jakimi przepełniony jest ten utwór. Stosunek kompozytora do formy przejawia się w doborze instrumentów i ich rejestrów, we wzbogacaniu środków artykulacyjnych, w odpowiednim dysponowaniu nimi w przebiegu utworu oraz w stosowaniu efektów harmonicznych. Kameralny skład orkiestry (kwintet, instrumenty dęte drewniane, trąbka, dwie waltornie i harfa) podkreśla tylko te elementy. I tak było w przypadku tego wykonania.

Drugą pozycją wieczoru był „Concert champệtre" na klawesyn i orkiestrę Francisa Poulenca, który kompozytor zadedykował legendarnej polskiej klawesynistce Wandzie Landowskiej, zarazem pierwszej wykonawczyni tego dzieła. Kompozycja Poulenca, skomponowana w 1928 roku, jest niezwykle zróżnicowana i efektowna. Posiada fragmenty błyskotliwe, skrzy się całą paletą barw, zmianami tempa i nastroju.

W każdym utworze symfonicznym bardzo wiele zależy od dyrygenta, zwłaszcza, jeśli dysponuje on tak dobrą orkiestrą, jak orkiestra Filharmonii Narodowej. Pamiętam fantastyczne wykonanie tego utworu przez nieżyjącą już niestety i nieocenioną Elżbietę Chojnacką, która była chyba, jeśli można użyć tego określenia, najbardziej „energetyczną” polską klawesynistką. Nie pamiętam już, jaka orkiestra i pod czyją batutą jej akompaniowała, ale ta wersja (retransmisja koncertu w TVP) na długo pozostała w mojej pamięci. Z kolei, Pan Jan Popis, dyrektor Festiwalu Pianistyki Polskiej w Słupsku, którego spotkałam w przerwie koncertu, zwrócił mi uwagę na, jego zdaniem, najlepszą interpretację tej kompozycji przez (także nieżyjącą) nestorkę polskich klawesynistów, wspomnianą już wcześniej, Wandę Landowską. W prezentacji „Concertu champệtre” Władysława Kłosiewicza zabrakło mi pasji i temperamentu. Momentami koncert był nieco rozwlekły. Marzena Diakun poprowadziła orkiestrę bardzo czujnie, jednakże nie wydobyła jego atrakcyjności, nie uwypukliła dostatecznie tych wszystkich elementów, które są atutem kompozycji: odcieni dynamicznych w różnych stopniach natężenia, zamierzonego przez kompozytora dysonansu, niekwestionowanego jej blasku.

Podobne uwagi mam do wykonania romantycznej „II Symfonii c-moll” Ignacego Feliksa Dobrzyńskiego, która jest utworem bardzo pięknym i niedocenionym. Słupska orkiestra (orkiestra Polskiej Filharmonii "Sinfpnia Baltica" im. Wojciecha Kilara) także prezentowała tę symfonię na jednym z koncertów z okazji swojego 40-lecia. Przy tej okazji poznałam inne wykonania tej, bardzo „wdzięcznej” w słuchaniu, kompozycji. Dobrze pamiętam interpretację Łukasza Borowicza i Polskiej Orkiestry Radiowej na nagraniu z 2012 roku (a więc, dyrygent był młodszy niż obecnie p. Marzena), lekką, pełną polotu i inwencji (tu link do IV części: https://www.youtube.com/watch?v=RlpBnea1fxM ).

Moim zdaniem, Marzena Diakun nie odczytała w pełni wyrazu emocjonalnego poszczególnych części. Kompozycja ta w interpretacji dyrygentki i orkiestry częściowo pozbawiona została finezji. Zabrakło mi także tego, co posiadała wersja Borowicza - wirtuozerii i temperamentu, zwłaszcza w IV części utworu, części najbardziej efektownej. Wykonanie to było poprawne, a to trochę za mało. Od tak utytułowanej kapelmistrzyni można by oczekiwać znacznie więcej.

    Na wyróżnienie zasługuje orkiestra. Znakomicie spisali się muzycy grający pierwsze głosy na instrumentach dętych: świetna pierwsza oboistka, pierwsza flecistka, pierwszy waltornista i pierwszy puzonista. Dobre zgranie instrumentów smyczkowych, chociaż solówki pani koncertmistrz w Symfonii nie dorównują partiom solowym, które zagrała u nas (w Słupsku) „nasza” Marysia Nowak (ale pani Maria jest skrzypaczką pod każdym względem wyjątkową).

W czasach pełnego równouprawnienia i parytetów nie można oceniać osobno efektów pracy kobiet i mężczyzn. Stosuję więc tu z premedytacją jednakową miarę. Niestety, w tym wypadku porównanie to wypada na korzyść płci "brzydkiej". 

Zawsze opisuję swoje odczucia uczciwie, nie będąc uzależniona od jakichkolwiek koterii i układów, dlatego mam nadzieję, docenicie mój obiektywny osąd tego wykonania, mimo krytycznych uwag.



Komentarze

  1. Koncert odbył się 8 listopada 2019 r., a powyższy tekst napisano 10 listopada 2019 r.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

MŁODZI DYRYGENCI Z MŁODĄ ORKIESTRĄ

ZE SMYCZKAMI PRZEZ EPOKI

Sercem jestem zanurzony w jazzie…