NASZA DROGA PATTI SMITH
13 sierpnia 2018
roku uczestniczyłam w koncercie Patti Smith, który odbył się na Festiwalu
Legend Rocka w Dolinie Charlotty k/Słupska. Dotąd jej muzyka była mi raczej
obojętna. Ale dałam się namówić i pojechałam na jej występ.
Na początku jednak chciałabym się podzielić
swoimi uwagami na temat organizacji tego przedsięwzięcia. Gdy kilka lat temu,
kiedy byłam ostatni raz na koncercie w Dolinie Charlotty, zachwyciłam się organizacją: na rogatkach
stały służby porządkowe, które wskazywały kierunek, miejsce parkingu itp. Teraz
potworzyły się liczne parkingi prywatne, których dysponenci oferowali za
pieniądze postój na nieprzygotowanym gruncie, z dala od amfiteatru. Niegdyś, dzięki sprawnej organizacji, można
było szybko opuścić okolice Doliny. Teraz, z powodu tego, że nikt nie kierował ruchem, tworzyły się niebotyczne korki i trzeba było odstać w nich co najmniej godzinę, zanim człowiek
wydostał się na drogę asfaltową. Ale to jeszcze nic. Wyobraźcie sobie, że na
teren amfiteatru nie można było wnieść ani wody do picia, ani jedzenia (owoców, kanapek, słodyczy). Obsługa, która przeszukiwała torby, natychmiast
kazała żywność wyrzucić. Uczestniczę w wielu koncertach, nie tylko w Polsce, i
jeszcze z takimi restrykcjami się nie spotkałam. Rozumiem, że właściciele
punktów gastronomicznych, którzy płacą za dzierżawę na terenie amfiteatru,
muszą zarobić, ale takie działania to już naprawdę przesada. A jeśli ktoś jest wegetarianinem i
np. ma cukrzycę, musi jeść o określonych porach, co wówczas? Nie każdemu w smak
kiełbacha, piwo i popcorn. Poddaję to organizatorom pod rozwagę.
Na szczęście
wszystkie te niedogodności zniwelował wspaniały koncert. Nie będę rozwodziła
się nad utworami, bo już ukazały się recenzje, w których zawarto dokładny
repertuar (choćby Dziennik Bałtycki i Rzeczpospolita). Patti sprawiała
wrażenie wypoczętej i będącej naprawdę w dobrej formie. Cały wieczór zastanawiałam się, dlaczego jej muzyka trafia do
młodych ludzi. Pod sceną widziałam nawet kilkunastoletnich fanów. Sama byłam z
dwudziestokilkuletnią bratanicą, która jest od lat jej wierną wielbicielką.
Otóż, po pierwsze, Patti Smith ma niesłychaną charyzmę (to 3/4 sukcesu). Po
drugie, jej przekaz jest szczery i autentyczny, mówi językiem prostym i od
serca. Po trzecie, jest osobą bezpretensjonalną (zero gwiazdorstwa). I po
czwarte, wreszcie, ma świetny kontakt z publicznością, rozmawia z nią, a ja jako organizatorka kilku tysięcy koncertów (tak!) mogę powiedzieć, że słuchacze to uwielbiają. Innym atutem jest wspaniały zespół: gitarzysta Lenny Kaye, perkusista Jay Dee
Daugherty, Jackson Smith - jej syn, grający na gitarze, oraz basista i pianista
Tony Shanahan.
Wracając do koncertu, nie obyło się bez
aluzji do naszej sytuacji politycznej, co skwapliwie podchwyciły media.
Dwukrotnie padł apel o zaprzestanie wycinki drzew w Puszczy Białowieskiej (Cyt.: „Save the fucking forest!”), co wzbudziło entuzjazm zgromadzonej publiczności.
Występ trwał godzinę i 20 minut, i
zakończył się dwoma największymi przebojami (jeśli w ogóle można tak
powiedzieć o ambitnych utworach artystki): Because
the Night i Gloria. Na bis
wykonała jeszcze People Have the Power,
numer zainspirowany wydarzeniami z 1980
roku w Polsce. I koncert przeszedł do historii. Przed występem można było kupić
dopiero co wydany tomik poetyckich piosenek Patti Smith, zatytułowany Tańczę boso, przetłumaczony przez
Filipa Łobodzińskiego, którego też widziałam na koncercie.
Bardzo dobrze,
że organizatorzy wpadli na pomysł zaproszenia w roli supportu grupy Voo Voo. Był to bardzo trafny wybór. Wojtek Waglewski
i koledzy wykonali te „trudniejsze” utwory z najnowszej płyty zatytułowanej „7”. Na koniec lider podziękował publiczności za cierpliwość
i wytłumaczył się z doboru piosenek, w tym, z braku znanych kompozycji. Chodziło o to, aby „Patti mogła
się odpowiednio nastroić” i przygotować
do koncertu. Zawsze uwielbiałam jego poczucie humoru.
Komentarze
Prześlij komentarz