MYSTIFY: MICHAEL HUCHENCE
Kiedyś mój były chłopak zapytał mnie, czy uroda
ułatwia życie. Odpowiedziałam mu, że z pewnością tak, a on przyznał mi rację,
bo lepiej być pięknym, zdrowym i bogatym. Czasami jednak owa uroda staje się przekleństwem,
czego dowodem historia artysty opowiedziana w filmie dokumentalnym Mystify: Michael Hutchence, wyemitowanym
premierowo kilka dni temu przez kanał HBO2 dla upamiętnienia 60. urodzin tego,
niestety, nieżyjącego już, utalentowanego muzyka.
Światowa premiera
kinowa odbyła się 25 kwietnia 2019 roku, a obraz Richarda Lowensteina, autora
kilku teledysków grupy INXS, uzyskał liczne nominacje do nagród na kilku
festiwalach filmowych (m.in. za montaż i dźwięk). Tytuł filmu jest
jednocześnie tytułem piosenki INXS (tłumaczenie dla leniwych na:
www.tekstowo.pl).
W filmie reżyser kreśli intymny portret solisty
australijskiej grupy INXS, która z zespołu znanego tylko w swoim kraju, w
krótkim czasie, w latach 80-tych, dołączyła do czołówki najpopularniejszych
grup rockowych na świecie. Z pewnością duża w tym zasługa charyzmy i czaru,
jaki roztaczał lider formacji, Michael Hutchence, uznany w tych latach przez
swoje pokolenie za symbol seksu.
Na podstawie relacji rodziców, rodzeństwa i przyjaciół
poznajemy najpierw dzieciństwo i wczesne lata młodzieńcze Michaela, które były
bardzo barwne. Początkowo przez jakiś czas mieszkał z ojcem, który prowadził interesy w
Hong Kongu. Później, po rozwodzie rodziców, wyjechał
z matką do Kalifornii, skąd powrócił na antypody jako siedemnastolatek w 1977
roku. Opowiada o nim też jego wielka miłość, australijska modelka Michelle
Bennett (z którą, nota bene, miał kontakt do końca swoich dni). Z wszystkich
tych wypowiedzi jawi się nam obraz niezwykle wrażliwego i nieśmiałego chłopaka,
od początku ukierunkowanego artystycznie, jednocześnie zmieniającego się w
„nieokiełznane zwierzę sceniczne”( cytat za „film web” ) na estradzie.
Hutchence określany był – to pamiętam z różnych
artykułów z lat 80-tych – jako skrzyżowanie Micka Jaggera z Jimem Morrisonem. I
trzeba przyznać, coś w tym jest. Nieprzeciętnie przystojny, z burzą włosów
zawadiacko zarzucanych do tyłu, z twarzą rozmarzonego dziecka, a przy tym
bezpretensjonalny, naturalny w zachowaniu, o mocnym, zmysłowym głosie. Śpiewał
przez siebie napisane teksty o miłości. Był także często kompozytorem lub
współkompozytorem utworów INXS. Inteligentny i oczytany, a przy tym skromny. Na
pytanie dziennikarki, czy jest intelektualistą, odpowiedział: „Znam kilku, więc
na tej podstawie mogę odpowiedzieć, że nie jestem”. Nic dziwnego, że dziewczęta
pchały się „drzwiami i oknami”. Na szczęście, Lowenstein ten ostatni wątek ogranicza
do najważniejszych kobiet w życiu muzyka. A było ich kilka.
Reżyser filmu dotarł do prywatnych archiwów filmowych,
m.in. do zbiorów Kylie Minogue, kolejnej dziewczyny Hutchence’a, która
pokazała, jak w czasach bez skype’a, messengera i what's appa, będąc na przeciwległych
krańcach kuli ziemskiej (oboje byli już
bardzo popularni i ciągle koncertowali), podtrzymywali swoją miłość. Jest w filmie fragment, w którym Australijka rejestruje
kamerą „zorganizowaną” grupę dzieci, skandujących chórem: „Pozdrawiamy Cię,
Michael!”, a następnie przesyła ten filmik video szybką pocztą („tradycyjną”!)
ukochanemu. Udostępniła też nagrania z
recepcji hoteli, z których odbiera całe rolki faksów z wyznaniami Michaela, adresowanych,
aby zachować anonimowość, na fikcyjne nazwiska. Mimo tych „zabiegów”, miłość
nie przetrwała próby czasu, a właściwie odległości, i umarła śmiercią
naturalną. Przyczyniło się do tego także ciągłe „życie w trasie”, gdyż zespół
skrzętnie wykorzystywał swoje „pięć minut”. Jedno z takich tournée trwało (bagatela!) półtora roku, co dla Hutchence’a, osoby wyjątkowo rodzinnej i
towarzyskiej, było bardzo męczące,
czasami wręcz frustrujące. Dlatego poza publicznością, która go uwielbiała,
musiał mieć przy sobie krąg serdecznych ludzi, co nie zawsze było możliwe.
Aby przetrwać trudy występów, od których, jak
sam przyznawał, był uzależniony, sięgał po narkotyki, leki i alkohol.
Tymczasem nadeszły lata 90-te. Okres, w którym sława
INXS zaczęła blednąć, a zespół został zepchnięty do drugiej ligi, co dla
wokalisty, dla którego popularność była jak tlen, stało się czynnikiem
destrukcyjnym. Wówczas, u jego boku pojawiła się kolejna dziewczyna, jedna z
najpiękniejszych, moim zdaniem, modelek, Dunka Helena Christensen (znana
choćby z pięknie sfilmowanego clipu Chrisa Isaaca do piosenki „Wicked Game”). W
filmie wspomina ona szczęśliwe chwile spędzone z Hutchence’em, m.in. w jego
domu na południu Francji, oraz nieszczęśliwy wypadek, który przesądził w pewnym
stopniu o dalszych losach artysty. Otóż, w Amsterdamie wdał się on w bójkę z
taksówkarzem i odepchnięty, tak nieszczęśliwie upadł, że uderzył głową o
krawędź chodnika. Odmówił leczenia. Zdecydował się na nie dopiero kilka
miesięcy później, gdy upadek wywołał spustoszenie w mózgu tak znaczne, że muzyk
w 80% stracił smak i węch. W wyniku tych okoliczności, coraz częściej popadał w
stany depresyjne, coraz częściej też różne sytuacje rodziły u niego agresję. Wobec
takich okoliczności i ten związek zakończył się rozstaniem.
Gdy angielska dziennikarka Paula Yates, żona Boba
Geldofa (ex-Boomtown Rats, pomysłodawca i organizator koncertu Live Aid),
matka trójki dzieci, zaprosiła go na wywiad do programu, którego formuła
zakładała rozmowę w łóżku, od razu coś między obojgiem zaiskrzyło. Była to
relacja na tyle silna, że Paula postanowiła opuścić męża i związać się z
Michaelem. Wkrótce urodziła mu jego pierwsze dziecko, Tiger Lily. Muzyk odżył,
poza córeczką nie widział świata. Przepadał też za pozostałymi dziećmi Pauli. Ale
do sielanki było daleko, bowiem Bob Geldof nie dość, że zwlekał z rozwodem, to
nie wyrażał zgody na wyjazd żony wraz z dziećmi do Australii. To powodowało u
artysty kolejne frustracje. Jednocześnie INXS przygotowywało się do wielkiego
powrotu i jubileuszowej trasy po swojej ojczyźnie z okazji 20-lecia istnienia
grupy. Podczas prób do koncertów, po telefonie od Pauli, która przekazała
informację, że ostateczna rozprawa sądowa rozstrzygająca o tym, kto przejmie
opiekę nad rodzeństwem, została przeniesiona na później, nadeszła tragiczna wiadomość,
że muzyka znaleziono martwego w jego pokoju hotelowym, a badania toksykologiczne
wskazały na obecność w organizmie mieszaniny narkotyków, alkoholu i
antydepresantów.
Tak zakończyła się jedna z najszybszych i najbardziej
spektakularnych karier w historii muzyki rockowej.
Siłą filmu Richarda Lownesteina jest jego
autentyczność i wierność relacji. Autor nie moralizuje, nie wyciąga wniosków.
Pozostawia osąd widzowi. Pozwala mówić faktom. Unika wiadomości tabloidalnych.
Imponujące jest to, jak bogaty i oryginalny (nigdzie nie publikowany) materiał
zdołał zebrać, aby przybliżyć nam sylwetkę Michaela Hutchence’a. Interesujący
jest też sposób filmowania, operowania kamerą oraz efektowny montaż. W filmie
niewiele jest sekwencji koncertowych. W ogóle, mało jest muzyki, mimo że obraz
trwa ponad półtorej godziny. Dla osób, takich jak ja, które czekały na ten
film, jest on znakomitym uzupełnieniem wiedzy o zdolnym artyście. Dla tych,
którzy go nie znali, powinien być zachętą do poznania sztandarowej postaci należącej
do historii rock’n’rolla. Osobiście do tego namawiam, bo tak barwnych osób, a
jednocześnie autentycznych, w świecie, w którym każdy artysta (choćby nie
wiem, jaki posiadał głos i talent) kogoś udaje, jest coraz mniej.

Komentarze
Prześlij komentarz