JOKER czyli GENIUSZ JOAQUINA PHOENIXA
Po krótkiej analizie wszystkich „za i przeciw”, postanowiłam
odrzucić polską "martyrologię" religijno-polityczną i zamiast
obejrzeć „Boże Ciało”, postawiłam na kino artystyczne, czyli „Jokera”, obraz
Todda Phillipsa. Czynnikiem decydującym
była bez wątpienia postać Joaquina Phoenixa, odtwórcy roli tytułowej, którego
wielbię od momentu jego pamiętnej roli obłąkanego
rzymskiego cesarza Kommodusa w „Gladiatorze” (2000 r.).
Zaznaczam, że nie jestem i nigdy
nie byłam wielbicielką komiksów, ale też i w takich kategoriach nie należy
rozpatrywać tego filmu. Najbardziej adekwatnym określeniem gatunku byłby chyba „thriller
psychologiczny”. Film stanowi studium choroby psychicznej głównego bohatera,
Arthura Flecka, klauna imającego się różnych zajęć, m.in. rozweselania dzieci w
oddziałach szpitalnych, mającego jednakże ambicje zostania komikiem. Fazy jego
choroby poznajemy stopniowo, w coraz to bardziej jaskrawych jej przejawach. Jesteśmy
świadkami jego metamorfozy z łagodnego, nie wadzącego nikomu młodego człowieka
opiekującego się chorą matką, do okrutnego, pozbawionego litości zwyrodnialca. Akcja
filmu toczy się w wyimaginowanym mieście-molochu Gotham City, które jako żywo
przypomina Nowy Jork ze wszystkimi jego brzydkimi i brudnymi dzielnicami oraz „zasprejowanymi”
zakamarkami (znakomite zdjęcia!). A wszystko to na tle systemu społeczno-politycznego
Stanów Zjednoczonych początku lat 80-tych, w którym jednostka jest tylko
trybikiem w maszynie, a jednostka słaba, chora, nieprzystosowana, w ogóle się
nie liczy.
Obraz Todda Phillipsa jest
poukładany i logiczny. Nie można się do niczego przyczepić. Jednakże, wbrew niektórym
krytykom, twierdzę, że nie jest to arcydzieło, a po prostu świetnie zrobiony
film, na pewno jeden z najlepszych, jakie pojawiły się w ostatnich latach. Nie
mam zamiaru opowiadać jego treści. Bowiem „Joker” to przede wszystkim wielka kreacja
Joaquina Phoenixa, od którego nie można oderwać wzroku, mimo jego
„nienachalnej”, jakby powiedziała Maria Czubaszek, urody. Kamera towarzyszy
aktorowi niemalże w każdym kadrze, śledzi jego każdy ruch, gest i grymas. A ten
pokazuje tu całą gamę swoich możliwości aktorskich, odcieni i niuansów, które
wspaniale budują tragiczną postać bohatera. Charyzmatyczny, groteskowy,
fascynujący. Jego demoniczny śmiech, będący chorobliwą przypadłością Arthura,
na długo pozostaje w pamięci. Podobnie, jak często eksponowany i co rusz
powracający, taniec. Wielkim atutem Phoenixa jest to, że swoją sugestywną grą
sprawia, iż zamiast nienawidzić Jokera, współczujemy mu, ba, nawet zaczynamy go
lubić.
Na uwagę, poza wieloma innymi elementami w tym filmie,
zasługuje także muzyka. I tu
ciekawostka, kompozytorką oryginalnego soundtracku jest Hildur Guðnadóttir,
klasycznie wykształcona wiolonczelistka,
pochodząca z Islandii, a więc z ojczyzny Björk. Jej muzyka znakomicie potęguje
stany choroby głównego bohatera, jego rozterki i frustracje. Towarzyszy mu we wszystkich ważnych scenach. Dobrze też zostały
dobrane inne, wcześniej skomponowane utwory, np. „White Room” w wykonanie
grupy „Cream”, ilustrujący przejazd bohatera do zakładu psychiatrycznego pod
koniec filmu czy taniec na schodach do „Rock & Roll” Part II,
instrumentalnego utworu Gary Glittera, glam rockowego brytyjskiego muzyka z lat
80-tych, by na koniec zaskoczyć nas musicalowym „Send in the Clowns” Sondheima
w wykonaniu Franka Sinatry.
Wracając do Todda Phillipsa, kto by pomyślał, że to ta
sama osoba, która wyreżyserowała trzy części komercyjnej komedii „Kac Vegas”?
Kiedyś w komentarzu na FB, napomknęłam, że rola
Phoenixa z pewnością będzie porównywana do roli Jokera wykreowanej przez przedwcześnie
zmarłego, australijskiego aktora Heatha Ledgera w filmie „Mroczny rycerz”. Jego kreacja została doceniona, a hollywoodzka
Akademia Filmowa przyznała mu pośmiertnie Oscara za pierwszoplanową rolę męską.
Jestem prawie pewna, że i tym razem najcenniejsza w branży filmowej statuetka w
tej samej kategorii powędruje do Joaquina Phoenixa. Jeśli nie, będę bardzo,
bardzo zawiedziona i stracę wiarę w wiarygodność Akademii.
Tak czy owak, idźcie do kina, a nie będziecie żałować!
Ja byłam dosłownie „wbita” w fotel i nawet nie zauważyłam, kiedy minęły dwie
godziny.
No, i stało się. Joaquin Phoenix zasłużenie otrzymał upragnionego Oscara. Druga statuetka została przyznana Hildur Guðnadóttir za niesamowitą muzykę do tego filmu.
OdpowiedzUsuń