Goodbye, Danielu Craig…
Gdy 17 lat temu dowiedziałam się, że w rolę kolejnego Jamesa Bonda wcieli się Daniel Craig, podobnie jak większość fanów filmów z Agentem 007, byłam rozczarowana . Przede wszystkim, aktor nie odpowiadał wizualnym warunkom stawianym przez Iana Fleminga, autora powieści. Powinien być niebieskookim, przystojnym brunetem, mierzącym minimum 6 stóp wzrostu, czyli 183 cm. Takim, jak Pierce Brosnan, z pewnością najprzystojniejszy Agent w służbie Jej Królewskiej Mości. Poza tym, Craig, nazywany przez złośliwców Mr. Kartofel, był niskim, krępym blondynem o plebejskiej fizjonomii. Ale, w myśl powiedzenia, które niedawno przypomniał mi mój kolega, że „nie szata zdobi człowieka”, wszystkie te cechy stały się mało ważne po obejrzeniu „Casino Royale”, pierwszego filmu z Craigiem-Bondem. Jest to, w moim prywatnym rankingu, najlepszy film z bondowskiej serii. W obrazie tym Craig po raz pierwszy pokazał Bo...